środa, 22 sierpnia 2012

Kremy BB: warte zachodu czy kosztowna ciekawostka?

Kiedyś, dawno temu, obiecywałam opowiedzieć o moich wrażeniach z testów dwóch kremów BB - Lioele Triple oraz Missha Perfect Cover odcień 23. Osoby zakochane w tych kremach proszę o wciśnięcie przycisku "wstecz", bo ja się (nie)stety nie zakochałam :)

Na początek krótki opis:

Z lewej strony Lioele Triple - gęsty, treściwy, wydawałoby się, że ideał dla wysuszonej skóry. Zapach neutralny. Dla mnie wygląda zachęcająco, lubię gęściochy.
Z prawej mamy Misshę PS odcień 23 - rzadszy, kolor już bardziej typowy, bo nieco popielaty, ale wciąż mnie nie zniechęca. Tym bardziej, że pachnie mi cudownie - jak delikatne kosmetyki dla dzieci.

Porównanie odcieni (pierwsze zdjęcie z lampą, drugie bez) z dwoma moimi podkładami.
A teraz czas na testy indywidualne... ;)  
Lioele triple 

Ładny, naturalny odcień (bardziej wpada w żółte tony), raczej nie dla mega bladziochów. Gęsta konsystencja.
Nałożony na bardzo lekki krem wymagał ewentualnie delikatnego zmatowienia (dla mnie był to w miarę normalny błysk, ale przy mieszanej cerze za kilka godzin pewnie zrobiłaby się dyskoteka). Używam w tym celu pudru bambus+jedwab+owies z Biochemii Urody i muszę powiedzieć, że jest naprawdę mocny. Niestety, Lioele już bez pudru daje efekt maski, a w połączeniu z pudrem bardzo uwydatnia suche skórki. Czoło staje się wręcz sztywne, a gdy je marszczyłam, naprawdę bardzo brzydko to wyglądało, jakby skóra miała mi odpaść płatami albo jakbym dawno nie używała kremu. Może z daleka nie rzucało się to jakoś bardzo w oczy, za to z bliska… Wstydziłabym się tak pokazać komukolwiek.
Nie używałam pędzli do testów tych próbek, ponieważ dla mnie jednym z najważniejszym kryteriów przy ocenie podkładów jest właśnie nakładanie palcami. Pędzle można z czasem wypróbować, ale jeśli za pomocą palców uzyskam kiepski efekt, na pewno nie będę używać dalej danego produktu, dla mnie to najpraktyczniejszy sposób nakładania.

Jedynym, dużym plusem, jest odcień tego BB. Naprawdę mi podpasował, nie za ciemny, nie za jasny. Pomimo tej maski, krycie nie jest fenomenalne. Niektóre nasze problemy czy zaczerwienienia będą nadal widoczne. Mam porównanie z kilkoma odcieniami Vichy Dermablend i to jest dla mnie mistrz pod względem krycia. Lioele niestety nie zużyję więc nawet jako korektor.

Z takich detali, to mogę jeszcze pochwalić zapach, bo jest przyjemny, ale i neutralny. Missha pachnie ładniej, jednak intensywniej i nie każdemu może pasować.

Na dużo bogatszym kremie (Dermedic Hydrain2) było już trochę lepiej. Suchych skórek praktycznie brak (dodam, że wcześniej robiłam maskę zieloną glinką, która wygładziła dodatkowo moją skórę), jednak efekt maski nadal jest. Krem szybko „zastyga” i ciężko go ładnie rozsmarować. Duży minus za to.

Trwałość – gdy nałożyłam BB na lekki krem (pierwsze podejście), to po 2h zmyłam, nie mogłam na to patrzeć. Próbowałam jeszcze raz i raczej trwałość jest w obu przypadkach przeciętna, jak większość podkładów, max 6h, później się ścierają, Lioele znikał w nieładnych plackach.

Podsumowując – podobny, jeśli nie lepszy, efekt uzyskiwałam kremowym podkładem od Yves Rocher, który pachniał ładniej, kosztował mniej i lepiej krył. Lioele mam tylko próbkę, ale patrząc na zdjęcia pełnowymiarowego opakowania (tubka z pompką), może to być lepsze rozwiązanie albo i nie – konsystencja jest gęsta i chyba nie bez powodu YR umieściła swojego „gęściocha” w słoiczkach. Ogólnie nie polecam osobom z bardziej problematyczną skórą.

Moja ocena: 2/5. Nawet jeśli komuś będzie odpowiadał ten krem, to cena jest wygórowana. Taniej dostaniemy bez problemu inne, lepsze kosmetyki i to bez trudu w Polsce. 


Missha PC odcień 23 

Lekko szarawy, konsystencja rzadsza (podobny do Revlon CS), zapach dla mnie świetny – coś jak niektóre kremy do opalania czy dla dzieci, taki przypudrowany zapach świeżości. Dość intensywny. Na lekkim kremie Missha jak dla mnie również nie wymagała zbytnio matowienia, był to ładny błysk, jedynie przed wyjściem użyłabym pudru matującego dla pewności. Nie pamiętam dokładnie, czy były suche skórki, ale byłam dużo bardziej zadowolona z Misshy.
Krycie tutaj również nie jest szałowe, słabsze chyba nawet niż Lioele. Najbardziej cały efekt psuje ten szarawy odcień – mam wrażenie, że jeszcze bardziej podkreśla zaczerwienienia i w efekcie cala twarz staje się różowawa. Dla żółtych odcieni skóry raczej odpada, chyba że dla cer idealnych.
Na bogatszym kremie również ładnie się rozprowadzał, Missha nie gęstnieje tak jak Lioele i raczej maski sobie nie zrobimy.
Podsumowując – gdyby odcień był bardziej żółty, być może rozważyłabym zakup tego BB. Niestety… Szukałam lżejszej alternatywy dla świetnego podkładu wygładzającego od Yves Rocher i chyba będę musiała wrócić do Revlon i być może zainwestować w jakiś korektor, choćby Vichy Dermablend, wtedy na pewno będę zadowolona.
Moja ocena: 3+/5. Cena na Allegro nie jest tragiczna, jednak ten szarawy odcień skreśla Misshę, przynajmniej na lato w moim przypadku. Wiem, że są dostępne inne odcienie, zarówno jaśniejsze, jak i ciemniejsze, ale chyba nie chcę już więcej eksperymentować z kremami BB. Misshę z kolei mogę nieśmiało porównać do Revlon CS sucha/normalna, tyle że Revlon niestety chyba wygrywa... Po pierwsze za dostępność, po drugie za bardziej dopasowany odcień i po trzecie za troszkę lepsze krycie.

Muszę Wam oczywiście pokazać moją mordkę (bez makijażu też, niestety). Szczerze Wam powiem, że nie mam zdjęć z Lioele, ale to chyba dlatego, że efekt zupełnie mi się nie podobał i nie nadawał się do publikowania... Dlatego możecie zobaczyć efekty z Misshą, nawet nie jest źle, jednak dla mnie była nieco wysuszająca, krycie wciąż niewystarczające i odcień zbyt jasny. Na fotkach efekty są nawet, nawet, ale z bliska jest troszkę gorzej.

Zaznaczam, że robocza wersja tego postu była pisana w maju, to samo w przypadku zdjęć. Moja skóra może nie wygląda cudownie, ale od 2,5 miesięcy leczę się u dermatologa i wygląd skóry na razie się nie zmienił, jednak jest ona aktualnie nawet bardziej wymagająca. Moje leki bardzo wysuszają i podrażniają moją skórę, która ciągle się łuszczy, więc aktualnie testy pewnie wypadłyby gorzej...

Dla mnie cały ten fenomen jest niezrozumiały i tłumaczę go sobie tylko tym, że są to kosmetyki z Azji, trudno dostępne itp., itd. Co kto lubi ;)

Moim skromnym zdaniem w Polsce kupimy dużo lepsze kosmetyki, a już na pewno porównywalne i na dodatek bez etykietek z krzaczkami, z których właściwie niewiele (nic?) wiadomo.

3 komentarze:

Sonia Fug pisze...

Hej, zostałaś przeze mnie otagowana http://hurtowniamarzen.blogspot.com/2012/08/otagowali-mnie.html

PannaJoannaK.pl pisze...

świetny blog ,stylowy i inspirujący!! obserwuje i licze na rewanż zapraszam!!:) pannajoannak.pl

pieknaodzawsze pisze...

Dziękuję! :)

Prześlij komentarz

Na ewentualne pytania odpowiadam w poście, w którym je zadano :) Dziękuję za każdy komentarz, lubię je czytać i widzieć Wasze zainteresowanie.
Poza tym...
"Za każdym nickiem kryje się imię, za imieniem kryje się człowiek, a za każdym człowiekiem - uczucia. Szanujmy się nawzajem w sieci"

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...